Witamy w salonie - anegdoty sprzedawców samochodów

(c) zdjęcia bazowe: unsplash, VW; kolaż wykonany przez studio.kdk.pl
Leżący na podłodze i sprawdzający prześwit auta klienci. Szarpiący się z dźwigienką, która okazuje się przyciskiem. Nieznający wielkości swojego garażu i zastanawiający się, czy wybrane auto się w nim zmieści (a może, czy będą potrafili w niego bezpiecznie i przynajmniej za drugim razem trafić?). Zachowujący się w trakcie jazdy testowej jakby uciekali przed pościgiem Yakuzy. Szukający opcji będącej niezbędną i konieczną przy eksploatacji samochodu, a jak ją znajdą to ... pojawia się tryliard powodów, żeby ponarzekać – a to że droga, a to że trzeba ją kupić w pakiecie z czymś tam. To praktycznie standard. Ale są też jednostki, z którymi sprzedaż auta to prawdziwa przygoda. O nich w kilku anegdotach od sprzedawców samochodów.

W salonie jednej z popularnych marek klient przedstawia swoje wątpliwości odnośnie wybranego modelu. Oprócz, raczej standardowych, jedna urasta do granic praktycznie nierozwiązywalnych. Okazuje się, że pan posiada psa i jego wątpliwości wynikają z troski o jego komfort podróżowania. Pies – co oczywiste – nie był jakimś zwykłym psiakiem (jakby kiedykolwiek właściciel zwierzaka miał normalne zwierzę. Zawsze to jest ponad przeciętnie inteligentny i wyjątkowy egzemplarz). Ten, dodatkowo, okazał się – oczywiście w opowieści – wielkości konia lub słonia.


Opowiadając o swoim ulubieńcu, klient coraz bardziej spoglądał w stronę innego sprzedawcy – nie biorącego dotychczas udziału w tej rozmowie. Powoli zbliżając się do finału, stwierdził że jego pies zbliżony jest gabarytami właśnie do niego. Cóż, ów człowiek nie przypominał wielkością konia, a jak już to raczej źrebaka. Kiedy zostało już ustalone z czym należy się zmierzyć, wspomniany handlowiec – chcąc pokazać swobodę podróży jego czworonoga – wszedł do bagażnika i zamknął go za sobą. Dla zachowania autentyczności i wierności przekazu, zaczął szczekać.

Czasami jazda testowa okazuje się równie nieprzewidywalna jak rozmowa w salonie. W trakcie jednej z nich – suvem – klient na szutrowej i raczej nie szerokiej drodze poczuł, że jego umiejętności zbliżone już są do tych które w rajdzie Dakar prezentuje Hołowczyc. Niestety nie były. Nie pomogła również przepastna lista systemów wspomagających niedołężność kierującego. Finalnie jazda testowa skończyła się w rowie. Nikomu nic się nie stało, a panowie – kierujący klient i sprzedawca, będący biernym obserwatorem jego poczynań – uzgodnili warunki zakupu modelu w oczekiwaniu na pomoc.

Kiedy w salonie pojawia się uświadomiony i wiedzący czego chce klient, wydaje się że sprzedaż auta naprawdę może być pięknym zajęciem. Z reguły dobór parametrów trwa krócej, a i obie strony rozstają się z uczuciem dokonania dobrej transakcji. Model, silnik, wersja wyposażenia, kolor, doposażenie auta, warunki zakupu, konstruktywne negocjacje warunków cenowych i już. Klient i sprzedawca zadowoleni. Oczywiście klient wraz z ofertą musi jeszcze się zastanowić, żeby nie zostać posądzonym o rozrzutność i zakup pod wpływem impulsu. Z ofertą w ręce i obietnicą powrotu, opuszcza salon.

Mijają dni, a nie pojawia się z powrotem w drzwiach salonu. Pojawia się za to pani z ofertą i zapytaniem, czy dałoby się ją „przebić” i tym samym spowodować, że stanie się atrakcyjniejsza. Proste myślenie, skoro ma już ofertę i przyszła z nią, znaczy jest na kupnie, a jak jest na kupnie to najlepiej, żeby kupiła właśnie tutaj. Szybka kalkulacja i ... pełny sukces. Coś jeszcze udało się wycisnąć ku zadowoleniu klientki. Sprzedawca zrelaksowany, pani zadowolona, a – co równie ważne - umowa podpisana i pozostaje już tylko czekać na zamówiony egzemplarz. Pewnie do dnia dzisiejszego nikt by w salonie nie wiedział, że przelicytowali samych siebie i obie te osoby były w związku małżeńskim, gdyby oboje nie przyszli po odbiór samochodu.

Klientem czasami może chcieć zostać pracownik stacji dealerskiej. Przy wejściu do sprzedaży nowej wersji jednego z popularnych modeli, dziewczyna pracująca na recepcji dealerstwa (nie sprzedająca samochodów i nie mająca na co dzień styczności ze sprzedażą) zapytała kierownika salonu „czy może odbyć nim jazdę testową”. Trochę zdziwiła się jak usłyszała: „to nie ma sensu, wiem ile zarabiasz, nie stać cię”. Jakież było zdziwienie, kiedy kilka tygodni później przyjechała (i zaczęła codziennie przyjeżdżać) do pracy nowym samochodem segmentu premium.

Okazało się, że tak naprawdę pracuje żeby „mieć powód do wyjścia z domu”, a nie dla zaspokojenia potrzeb finansowych, ponieważ jej mąż wystarczająco dużo zarabiał. Kiedy usłyszał jak została potraktowana, postanowił (i przekonał żonę) że czas najwyższy przestać udawać, że pracuje w salonie dla pieniędzy i zaspokojenia swoich ambicji. Nie chwalenie się wcześniej własnym statusem wydawało im się wcześniej racjonalną decyzją. Jak wiadomo żyjemy w Polsce gdzie pokazywanie, że nie brakuje nam do „pierwszego” jest nadmiernym obnoszeniem się z bogactwem i źle wygląda w firmie, której mamy oddać cały swój czas (niejednokrotnie prywatny również) i zaangażowanie.

Wszyscy którzy próbowali kupić nowe auto wiedzą, że ilość parametrów które należy dopasować do siebie jest dosyć spora. A to trzeba wybrać model, potem silnik do niego, wersję wyposażenia i kolor. A niejednokrotnie nawet nie jest to połowa możliwości. Prawdziwe pole do popisu daje spis akcesoriów. W jednej z marek oferujących popularne modele, ale również posiadającej w swojej gamie te w cenie marek premium, nad zakupem jednego z droższych modeli zastanawia się pan z partnerką.

Kiedy zostały już uzgodnione wszystkie parametry modelu i sprzedawca zabrał się za przygotowywanie umowy, przekazał klientowi listę, możliwych do dokupienia, elementów dodatkowego wyposażenia do modelu. Powiedzmy sobie szczerze, całkiem pokaźną listę. Listę zawierającą dużo różnych znaczków, określeń i możliwych pakietowych rozwiązań – niejednokrotnie wykluczających się. Tak, ze trzy pełne kartki A4. Pan wziął listę i ... przekazał ją partnerce. Prawdziwy dżentelmen. Pani wzięła listę, zerknęła na nią, ale widać było że nie za bardzo potrafi sobie wyobrazić co poszczególne rubryki wnoszą do wybranego pojazdu. Chrząknęła porozumiewawczo do partnera i oddała mu ją. On – nie patrząc się na listę – przekazał ją sprzedawcy ze słowami: „OK, mogą być”.

Tak, rzeczywistość czasami potrafi wyprzedzić wyobraźnie.

Autor na Twitterze
Trwa ładowanie komentarzy...