Olga Rudnicka – Życie na wynos [recenzja]

Lubicie kryminały, jednak jesteście chwilowo zmęczeni morzem krwi na każdej stronie książki? Macie dość szczegółowego opisu zbrodni wraz z anatomicznymi jej szczegółami? Ta pozycja będzie ciekawą odskocznią.

Bohaterką książki jest Emilia Przecinek – znana autorka książek dla kobiet – i jej rodzina: mama, teściowa, córka Kropka i syn Kropeczek. Kiedy – w miarę – życie Emilii wróciło na odpowiednie tory i wydaje się, że będzie już się nimi toczyć, w klatce, w której mieszka, pojawia się – tak to dobre słowo – trup. A w zasadzie jego nogi, tyle widzi Emilia. Zaczyna się śledztwo...



Początkowo autorka „serwuje” nam niejako dwie książki w jednej. Rudnicka, co jakiś czas wraca do wydarzeń, które miały miejsce w przeszłości bohaterów. Robi to jednak w taki sposób, że mamy wrażenie, iż zostało to już opisane we wcześniej książce. I mamy rację. Autorka nawiązuje do historii przedstawionej w „Granat poproszę”, jednak robi to w sposób, który pozwala czytelnikom, którzy jej nie czytali, poznać pełniejszy obraz Emilii i jak doszło, że rzeczywistość aktualnie wygląda u niej tak, a nie inaczej. Ci, którzy ją przeczytali mają doskonałą możliwość na retrospekcję jej kart. Jednym słowem, autorka robi to z wrodzoną sprawnością języka. A pro po sprawności języka...

Niewątpliwym atutem książki są dialogi i poruszane w nim tematy. Niejednokrotnie nawet nie związane z bieżącą akcją. Dialogi, w których poruszanych jest 10 tematów równocześnie. Mamy wrażenie jakbyśmy rzeczywiście brali w nich udział. Są naturalne, jakby autorka przez większość swojego dotychczasowego życia spędzała właśnie w takim otoczeniu i nie musiała ich wymyślać, tylko je sobie przypomnieć. A tematy i kierunek w którym potrafi potoczyć się przeprowadzany dialog potrafi niejednokrotnie zaskoczyć i wejść w sferę, której najmniej byśmy się w danej chwili spodziewali. I tak Rudnicka za pośrednictwem bohaterów jawi się jako...

...obserwatorka życia, dzieląc się – za ich pośrednictwem - z czytelnikami swoimi przemyśleniami i spostrzeżeniami, jak chociażby w poniższych fragmentach:
„- Ja wiem, kiedy wciska mi się kit, i potrafię liczyć, że nie stać nas na to, by być państwem socjalnym, cokolwiek sądzi ekipa rządząca. Już obdzierają mnie ze skóry, a za chwilę dobiorą się do ciebie. Cenzura zapuka do drzwi. Będziesz mogła pisać wyłącznie o prokreacji, bo seks dla przyjemności umrze śmiercią naturalną, kiedy odbiorą nam antykoncepcję.”
„ – Nie, mamo, mówię o ludziach, którzy zmieniają nasz świat. Kiedyś dzieci były produktem ubocznym orgazmu, a teraz orgazm jest skutkiem ubocznym programu powszechnej reprodukcji. Szkoła uczyła nas myśleć, a teraz będzie uczyć, CO myśleć. Rok 1984 zbliża się małymi kroczkami”
„Wieśka przeskakiwała po dwa stopnie (...) na dwunastocentymetrowych obcasach. Większość nie potrafi również w takich butach prowadzić auta, ale Wieśka i w tym osiągnęła pełną perfekcję. Z parkowaniem jedynie miała kłopot, chociaż nie za sprawą obuwia, tylko ograniczonej liczby miejsc parkingowych w mieście. Ludzie narzekają na biedę, a samochód za samochodem w korku stoi, pomyślała, i jeszcze miejsce mi zajmuje”

Jeżeli już jesteśmy przy bohaterach. Są oni kolejnym zaskoczeniem. W przeciwieństwie do kreowanych przez większość autorów kryminałów, ci ani nie mają problemów z narkotykami czy też alkoholem. Nie zostali pokiereszowani przez los. Żadne z nich nie znalazło swojego ukochanego dziecka martwego w mieszkaniu. Po prostu to normalne – żeby nie powiedzieć modelowe – osoby. Osoby, które oczywiście mają swoje problemy i wady. Jednak osoby, z którymi można się utożsamiać. Osoby, które niejednemu czytelnikowi przypomną zachowanie swojego znajomego lub wręcz... siebie. Jednym słowem, ich konstrukcja jest rzeczywista jakby nie została wymyślona przez autorkę, tylko zaobserwowana.

Skoro już mowa o konstrukcji. I tutaj autorka postanowiła wrzucić „trzy grosze” i skonstruowała książkę całkowicie pozbawioną rozdziałów. Nie przeszkadza to zupełnie w czytaniu, jednak całkowicie zmienia pojęcie „jeszcze tylko ten rozdział”, bo w tym przypadku oznaczać to będzie koniec książki.

Na koniec najsłabszy element książki: tytuł. Prawda, że nie jest najgorzej, jak najsłabszym elementem jest tytuł? Ale co z nim jest nie tak?. Tytuł powinien coś mówić o książce i jej zawartości. Powinien intrygować, ale również naprowadzać na jej treść. Nie wiem, kto wpadł na niego i dlaczego akurat ten wydał się najwłaściwszy, jako „opakowanie” zaprezentowanej na kartach książki historii, ale nie ma on nic wspólnego z zawartością. Oczywiście, jak wykonamy odpowiednią ilość karkołomnych ćwiczeń na własnym mózgu to będziemy mogli go gdzieś tam starać się wytłumaczyć, ale raczej nie o to chodzi. A o co? To już bardziej pytanie do osoby (osób), które go wymyśliły.

Opisując „jednym słowem” tą pozycję, na myśl przychodzi tylko jedno stwierdzenie: optymistyczny kryminał ze zwykłymi bohaterami. Jeżeli zatem chcecie wyluzować się czytając książkę, ale ciągle pozostać przy kryminale, ta pozycja wydaje się być właściwym wyborem.

Wydawnictwo: Pruszyński i S-ka
Ilość stron: 367
Premiera: 9 maj 2017


Autor na Twitterze
Trwa ładowanie komentarzy...